Dzień jak co dzień w Radomiu, czyli „Street Fighter 6” [RECENZJA]
store.steampowered.com

Dzień jak co dzień w Radomiu, czyli „Street Fighter 6” [RECENZJA]

  • Dodał: Sebastian Sierociński
  • Data publikacji: 06.07.2023, 18:31

Komputerowe bijatyki to jeden z najbardziej specyficznych gatunków gier. Co prawda nie odbiegają one daleko samą formą - niemało tu umowności, logicznego przymykania oka i utartych schematów - ale na uwagę zasługuje samo grono odbiorców, szczególnie hermetyczne, zamknięte na innowacje i dość niegościnne, jeżeli chodzi o nowe produkcje. Istnieje tu podział na fanatyków Mortal Kombat, wielbicieli Tekkena oraz zapalonych wojowników ulicy, którzy od niemal czterech dekad zagrywają się w Street Fightera. Po siedmiu latach ostatnia z wymienionych serii powraca z niełatwym zadaniem zaskarbienia sobie środowiska graczy na nowo. Czy podołała temu zadaniu, stając w szranki ze świetnie przyjętą poprzedniczką i budując silną pozycję przed premierami flagowych tytułów konkurencji, a może runęła bez tchu po pierwszym ciosie, ulegając techniczno-grywalnemu nokautowi? Zapraszam na recenzję gry Street Fighter 6 w wersji na komputery osobiste.

Przyznam to z dozą nieskromności, ale poniekąd mogę się nazwać weteranem gatunku. Choć w realnym życiu jestem pacyfistą i zwolennikiem załatwiania wszelkich niesnasek polubownie, w świecie wirtualnym niejednokrotnie sięgałem po argument pięści, godzinami rozkoszując się niektórymi odsłonami wspomnianego Mortal Kombat, starszymi edycjami The King of Fighters czy właśnie Street Fightera, który z morza komputerowych bijatyk od zawsze starał się wyróżnić specyficzną stylistyką i kreacją postaci. Z jakim skutkiem? Wydawałoby się, że mizernym, patrząc na popularność Johnny’ego Cage’a i ekipy, a jednak SF na rynku cyfrowego mordobicia utrzymuje się dzielnie i – o dziwo – robi poważny krok ku temu, by wreszcie stać się być może jedną z bardziej rozpoznawalnych marek branży.



Debiutujący w tym roku Street Fighter 6 to bowiem istne pomieszanie z poplątaniem, ale w zupełnie niespodziewanym tego wyrażenia znaczeniu. Otrzymujemy bowiem wierną kopię motywów i mechanik znanych z poprzednich odsłon, lecz to zaledwie wierzchołek góry lodowej, bo najnowsza bijatyka od Capcomu niesie ze sobą niejedno zaskoczenie. Jeżeli trapi Was pytanie, czy są to pozytywne niespodzianki, już śpieszę z odpowiedzią.

Na wstępie zaznaczam, że SF 6 nie bawi się w zrywanie z korzeniami, z pełną pokorą i pieczołowitością skupiając na tym, co uliczni bojownicy lubią najbardziej – solidnym praniu z lewej i prawej, a na dokładkę kopniaku z półobrotu. Rdzeniem rozgrywki wciąż jest niczym nieskrępowana awantura, którą uskuteczniamy zarówno w trybie dla pojedynczego gracza, jak i w module sieciowym, gdzie z całego świata zbierają się zawodnicy chętni na łupnia. W tym kontekście gra jest bezpiecznym zakupem, bo bójki są równie satysfakcjonujące, co zazwyczaj. A może nawet i bardziej?



Tu odniosę się znów do osobistych doświadczeń. Z tytułem spędziłem kilkanaście godzin, sukcesywnie obijając lica przeciwników w poszczególnych trybach dla pojedynczego gracza (bawiąc się modyfikacjami, testując umiejętności kolejnych wojowników i mówiąc krótko - poznając grę od podstaw) oraz drugie tyle (choć był to zdecydowanie bardziej stresowy czas) ścierając się w tzw. Fighting Ground oraz Battle Hub z użytkownikami z całego świata. Bawiłem się znakomicie, choć muszę ostrzec, że pierwsze godziny na wyższych poziomach trudności to udręka, szczególnie dla mniej obytych z padem graczami. Street Fighter 6 jest niezwykle dynamiczny, a znajomość określonych sekwencji ciosów szybko okazuje się być absolutnie niezbędną (nawet przy wyborze uproszczonego modelu sterowania). Losowe klikanie przycisków klawiatury czy pada błyskawicznie doprowadzi Was do szewskiej pasji, a może nawet uszkodzonego sprzętu. Kiedy jednak już się wdrożycie...

To najnowsze z flagowych dzieł japońskiego studia jedną z najbardziej emocjonujących bijatyk, jakie w ostatnich latach ukazywały się na rynku. Jasne, to wciąż jedynie prymitywne tłuczenie się po twarzy, udźwiękowienie męczy już po kilku godzinach, a trafienie w ringu na energicznego Azjatę po trzech litrach kawy nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń, ale mimo tego Street Fighter potrafi wciągnąć na długie godziny i stara się zrobić to na wszelkie możliwe sposoby – od rozbudowanego systemu modyfikacji postaci, przez szereg wyzwań, po niekończące się eventy i wydarzenia czasowe, które klasyczny syndrom ostatniego questa przekuwają w syndrom... ostatniego tuzina walk.



Nie jestem natomiast zupełnym miłośnikiem rozwiązań w kwestii samej oprawy. Twórcy zrezygnowali z tradycyjnej warstwy wizualnej przywodzącej na myśl karty komiksu, co od zawsze kojarzyło mi się z poprzednimi odsłonami cyklu – w tym również i staruszkami uruchamianymi na emulatorze, z którymi jako początkujący gracz spędzałem długie zimowe wieczory. Zamiast tego otrzymaliśmy unowocześnioną grafikę, z większą ilością efektów, cieni, bogactwem barw i smaczków dla najbardziej spostrzegawczych wzrokowców. Jeden rabin złapie się za głowę, płacząc nad klasycznym stylem, drugi poprawi jarmułkę z zadowoleniem, widząc jak mimo graficznego ulepszenia gra nadal broni się w kwestii wydajności i znakomitej optymalizacji.

Capcom zdaje się obierać w kreacji gier kierunek, powiedziałbym, liberalnokonserwatywny. Sporo tu samoświadomości i twardego stąpania po ziemi, sięgania po uznane schematy, a przy tym korzystania z mniej lub bardziej udanych, ale bez wątpienia nowatorskich pomysłów. Nie zabraknie więc klasycznego tłuczenia pięściami w karoserię samochodu czy drzwi lodówki, ale tradycyjne combosy można teraz łączyć w widowiskowe sekwencje, nabijając pasek energii, co koniec końców zaprowadzi do widowiskowego finishera, a sama organizacja walk i system poczekalni w formie gigantycznej hali z mnóstwem aktywności pobocznych to nie tylko innowacja, ale i bardzo przyjemny element nadający całości nieco sportowego klimatu. Klasykę komponuje się więc z nowością, co ucieszy niejednego gracza.



Urzekła mnie również zupełna nowość, a więc tryb World Tour, w ramach którego kreujemy własną postać (w edytorze powstają zarówno nieludzkie abominacje, jak i klony Elvisa Presley’a - wszystko zależy od Waszej cierpliwości i pomysłowości) i wyruszamy w świat, poznając nowe techniki, nawiązując niespodziewane znajomości i przy okazji śledząc ścieżkę fabularną. Ta może nie jest szczególnie intrygująca, ale sam fakt jej istnienia jak najbardziej doceniam.

Tym bardziej, że WT pozwala na dowolną eksplorację terenów, na które rzucają nas twórcy w ramach historii. Sam spędziłem kilka ładnych godzin na zwyczajnym zwiedzaniu poszczególnych lokacji, wykonując zadania poboczne i... próbując z sił z przechodniami. Tak, Street Fighter 6 nie narzuca nam żadnych ograniczeń, a do krwawego pojedynku możemy wyzwać nie tylko okolicznego mistrza karate, ale i losową staruszkę, sprzedawcę lodów czy młodą matkę, która odprowadzając dziecko do przedszkola skusi się na złamanie paru kości. Choć jest to absurdalne, jednocześnie buduje dość ciekawą koncepcję świata fanatyków prawa pięści i miłośników sztuk walk. A utrzymanie tej narracji w nieco cieplejszych barwach stwarza sympatyczną alternatywę dla przesadnie mrocznego Mortal Kombat i odwiecznych bojów o przyszłość Ziemi. Kto by się tam tym przejmował, skoro można iść nastukać listonosza?



Wszystkie te zachwyty nad wolnością w okładaniu oponentów skłaniają mnie do stwierdzenia, że Street Fightera 6 można określić mianem gry niemal dla każdego. Wspominając we wstępie o hermetycznym środowisku odbiorców bijatyk miałem na myśli również fakt, iż największe studia z premiery na premierę ulepszają swoje pięściarskie dzieła, ale nie otwierają ich dla szerszej społeczności, która do tego typu produkcji być może podchodzi z dystansem, a koniec końców wybiera bezpieczniejsze opcje. To produkcje jak najbardziej udane, ale jednocześnie będące czymś w rodzaju laurek premium dla oddanych wielbicieli. A jednak opisywane dziś dzieło japońskich deweloperów zdaje się przełamywać te gamedevowe dogmaty, wyciągając ręce ze smakołykiem również ku szerszej społeczności.

Z pewnością nie jest bowiem tak, że w SF 6 nie odnajdą zupełnie nowi odbiorcy, a serwery gry zawojują wyłącznie weterani. Przy całej złożoności wykonania i wadze przyłożonej do jak największego wzbogacenia oferty rozgrywki Capcom nie zapomina o raczkujących wojownikach, dodając chociażby uproszczony model sterowania, wygodne miejsca do treningu czy funkcję dowolnego modyfikowania walk z SI wedle własnego uznania. Miły dodatek, który zauważam zarówno z perspektywy bijatykowego wyjadacza, jak i gracza, który w tego typu produkcjach przynajmniej w pierwszych godzinach czuje się jak dziecko we mgle.



Słowem podsumowania najnowsze dzieło japońskiego giganta mogę więc określić mianem swoistej mieszanki – klasycznego mordobicia z powiewem współczesnej świeżości i otwartego świata na pół gwizdka z historią, której - jak darowanemu koniowi – w zęby się nie zagląda. Osobiście jestem mile zaskoczony, bo Street Fighter 6 zdołał przykuć moją uwagę i bez wątpienia jeszcze nieraz do tej produkcji wrócę. Zresztą nie tylko ja, bo społeczność gry z pewnością pozostanie przy niej na dłużej. I to nie przez miesiąc czy dwa, ale długie lata, najpewniej aż do premiery potencjalnej siódemki. SF 6 uderza krótko i celnie, nie pozostawiając niesmaku i spełniając większość oczekiwań, które miałem jeszcze przed pierwszym uruchomieniem. Nie znokautował mnie, co prawda, ale wciąż poczułem siłę tego mocarnego ciosu. Podobnie jak ekipa z NetherRealm Studios, której tegoroczny Mortal Kombat 1 zyskał właśnie bardzo solidnego rywala...


Street Fighter 6 – 8/10

Plusy:
- znakomity system walki wzbogacony o nowe możliwości
- bogaty i angażujący tryb dla jednego gracza
- szeroka oferta rozgrywki zarówno solo, jak i online
- częściowa wierność korzeniom serii
- optymalizacja i wydajność bez zarzutu

Minusy:
- graficznie niby krok w przód, a jednak nie do końca
- fabuła World Tour kusi do ustawicznego pomijania

Grę do recenzji otrzymałem dzięki uprzejmości polskiego wydawcy – firmy Cenega.

Sebastian Sierociński

Student Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Miłośnik kina, literatury, gier komputerowych i muzyki. Kontakt: sierocinskisebastian00@gmail.com