Dezinformacja cyfrowa - czy powinniśmy się jej tak bardzo obawiać?
Pixabay

Dezinformacja cyfrowa - czy powinniśmy się jej tak bardzo obawiać?

  • Dodał: Agnieszka Ryczek
  • Data publikacji: 26.06.2019, 10:43

Niedawne badania ujawniły, że obawy o negatywny wpływ nadmiernego przywiązania człowieka do smartfona i mediów społecznościowych były wynikiem nadmiernej paniki. Czy powinno się więc zawczasu reagować na pierwsze niepokojące przejawy wykorzystania technologii, w tym budzące wiele kontrowersji algorytmomy AI? Komisja Europejska zwróciła ostatnio większą uwagę na rozpowszechniającą się za ich sprawą dezinformację cyfrową. 

 

Specjalny rodzaj sztucznej inteligencji, dzięki któremu z łatwością można tworzyć niezwykle realne, fałszywe filmy z wykorzystaniem zaledwie jednego zdjęcia twarzy, dostarcza ostatnio sporego powodu do obaw. Tak zwane deepfakes mogą bowiem sprawić, że każda prawdziwa osoba, a więc również każda obecna w życiu publicznym, narażona jest na stanie się częścią filmu przedstawiającego ją w sytuacji, w której nigdy się nie znajdowała.

 


Cel powstania tego algorytmu nie był jednak zły. Dzięki niemu można bowiem w zaawansowany sposób ulepszać zdjęcia czy generować cząstki chemiczne, by móc tworzyć symulacje ich działania. Problem stanowi jednak łatwa dostępność oraz to, że nie jest zbyt trudno wygenerować fałszywy film. Co więcej, badaczka etyki cyfrowej Ch. Hitrova zauważa: Jest pewien sposób, by podróbki były niewykrywalne. W grę wchodzi zatem także coraz większe zaawansowanie tego typu systemów. To już wymaga nie tyle nowych działań technologicznych w celu wykrywania nieprawdziwych przeróbek, ale, jak niektórzy uważają, również regulacji prawnych.


Z regulacjami prawnymi nie jest jednak tak prosto. Zwykłe prawa autorskie, pod które podpada wykorzystanie twarzy bez zgody tej osoby, zadziała dopiero po fakcie, gdy takie video zdąży już, na przykład, zniszczyć reputację. Z opóźnieniem zadziałają także portale społecznościowe, które usuną dany film dopiero po jego zgłoszeniu bądź wykryciu przez mechanizmy kontrolujące treść. Niektóre kraje UE przymierzają się do wprowadzenia nowych regulacji, które objęłyby również media spolecznosciowe, co jednak nie jest proste ze względu na cienką granicę z wolnością artystyczna czy wolnością słowa. Zaś rozwiązania czysto technologiczne mogą okazać się niewystarczające – każda próba znalezienia systemu odwrotnego napędzi zdolność do coraz lepszego radzenia sobie z taką defensywą.


Są jednak tacy, którzy uważają, że rozwiązanie jest gdzie indziej, a dezinformacja cyfrowa sama w sobie jest po prostu nieuniknionym „znakiem czasu” i to nie tym należy się przejmować. Tutaj ciekawym punktem widzenia jest zwrócenie się ku modyfikacjom w edukacji, a więc stosowanemu już w fińskich szkołach naciskowi na zdolność krytycznego myślenia i właściwe rozróżnianie treści cyfrowych. Taka umiejętność filtrowania treści w sieci wydaje się jednak bardziej naturalna wśród młodzieży niż w przypadku ludzi starszych, mniej obytych z nową technologią. Uważa się też, że przy tak szybkim rozwoju omawianych mechanizmów nie jesteśmy w stanie nadążyć z regulacjami, stąd możliwe są jedynie umiarkowane zmiany prawne, natomiast poza tym należy nauczyć się, w jaki sposób funkcjonować obok, a nie walczyć.

 

Mimo wszystko trzeba zdać sobie sprawę, iż tego typu wykorzystanie technologii to dopiero początek nowych problemów współczesności, gdzie zarówno etyka, jak i polityka i prawo, jeszcze bardziej zbliżą się do nauki.

Źródło: TheGuardian

 

Agnieszka Ryczek

Absolwentka filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Interesuję się etyką, filozofią człowieka, muzyką i włoskim kinem.